Września nie zaliczam do miesięcy jesiennych. To w zasadzie końcówka lata, nieco całkiem dobrej pogody i przyjaznych temperatur. W tym roku upały letnie w Europie były nieakceptowalne, jak dla mnie, cały ten wrzesień z lekkim ochłodzeniem może być. Ja tam lubię. Bez wątpienia za to we wrześniu wyczuwalna jest zmiana nastroju. Koniec letniej kanikuły i trwającego od czerwca rozmemłania urlopowego. A niektórzy z ulgą wracają do roboty odpocząć. Dziwni jesteśmy nieco, jako kraj. Niezmiennie.
Koniec wakacji. Nie wszyscy mają dzieci – ci biorą urlopy kiedy im się podoba. Osobiście polecam południe Europy kiedykolwiek poza latem, bo wtedy często można zgrilować się nawet w cieniu. Na część urlopu pojadę w styczniu. Dzieci mam duże.
Szczęśliwcy, którzy nie mają planu urlopowego dostosowanego do kalendarza szkolnego, mają więc wrzesień w pompce. Szczęśliwi bezdzietni lambadziarze – dość nowa definicja osób bez potomstwa. Cieszę się, że jestem taką lambadziarą z odzysku, bo już spokojnie i zgodnie z prawem mogę zostawiać dziateczki, oczywiście nie całkiem same. Jak to mawia przyjaciółka:
Nie same. Z Panem Jezuskiem.
Tak, że tak.
Rodzice przedszkolnych i takich do czternastego roku życia „bombelków” każdy kalendarzowy rok planują jak Napoleon swoje batalie. Masz bąbla? Kombinuj. Urlopu dwadzieścia siedem dni, dla jednego z rodziców bonusowe jeszcze dwa opieki, jeśli smark ma mniej niż czternaście lat. A dni wolnych w szkole: sto osiemdziesiąt. Ha! Ogarnij to. Jeśli bierze w tym udział współmałżonek, kohabitant, konkubent, rodzic biologiczny lub z wyboru, babcia, dziadek, druga babcia, drugi dziadek, ta druga nowa babcia drugiego dziadka … itd. to się jeszcze da na luzie. Rozpisze się temu sztabowi rozsądny grafik i jakoś będzie.
A co jeśli nie. Samotny rodzic bez wsparcia ma przefiukane. Półkolonie, kolonie i obozy też tanie nie są, jakby co. Jak tego tetrisa rozwiązać, jak się nie jest nauczycielem, który ma dni wolne mniej więcej tak samo jak uczeń? Niby fajnie, ale kto by się zamienił. Już tam nasz minister edu bardzo dba o to, żebysmy się niekoniecznie chcieli zamieniać z nauczycielami, z kilku powodów.
Ale ja nie o tym teraz.
Wracając do letnich wakacji. Skończyły się. Kolega z pracy zmęczony jak nie wiem co, cały urlop remontował dom. Cieszy się, że wreszcie odpocznie. Koniec noszenia worków cementu, kafli, paneli i przęseł do płotu. Polski urlop, czyli zabieranie się za remonotową rozpierduchę domu, mieszkania i ogrodu w dni wolne, nadal jest bardzo popularny. Człowiek sobie wyobraża, że tak będzie lepiej. Się wstanie później, się dopilnuje, będzie zrobione.
A potem się budzi w stercie łachów w workach, strząsa pył budowlany, który przez noc osiadł mu na powiekach i przedziera się do łazienki przez zabudowę kuchenną czy inne sofy. A mięśnie rwą po wczorajszym noszeniu kartonów. I klnie sobie człowiek pod nosem: po co mi ten cały remont, mogłem we Władysławowie leżeć, za rybę płacić jak za karton paneli, ale leżeć. Nic nie robić.
Przy okazji jest jeszcze drugi powód do irytacji: NA DIABŁA NAM TYLE RZECZY?! I niejeden związek zachwiał się przy próbie redukcji tego nadmiaru. Ile razy chciałam wywalić to czy owo, a okazywało się, że to bezcenna pamiątka z jakiegoś okresu życia i nie, nie wylatuje. Się upcha w nowej garderobie. Spokojnie kolejne kilka lat poleży.
Tak. Wakacje. Czas wielkich, brawurowych planów. Jeść będę tylko świeże, lokalne, wyborne owoce i warzywa, alkoholu – mało, ruchu – dużo. Pełna regeneracja nastąpi, wrócę jak młoda boginni, pełna sił, odrodzona, wypoczęta. Zwiedzę, zgłębię, doczytam, nadrobię.
Pierwszego wieczoru na miejscu odczuwam radość. Tak gdzieś do trzeciej nad ranem ją odczuwam, oj intensywnie i aktywnie. Tańce, hulanki swawole, ledwie karczmy nie rozwalą, hejże ha, hejże hola.
Następnego dnia rano tupot białych mew budzi mnie około popołudnia. Zwiedzanie jest ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę, od czytania mnie mdli, głowa pęka i ocho, patrzcie jak leje. I cały misterny plan...
Wracam więc do roboty, gdzie na szczęście, pozostali jeszcze częściowo na urlopach, więc ciśnienie ogólnie jakby mniejsze. Nikt nie zauważy, że regeneracja mi nie poszła, spokojnie dojdę do siebie.
W firmach polskich latem lekki zastój. O ile nie są to smażalnie w Pucku czy hotele w Juracie, Krupówki albo Bulwary. To wtedy nie. Ale w pozostałych trwa tryb urlopowy, bardzo powszechny. Gdzie się nie dzwoni, tam akurat szef na urlopie, albo właśnie się wybiera, więc załatwmy wszystko po. Jak wróci. Tylko nie od razu dzień po, bo po powrocie to się jeszcze jest w szoku i wiadomo, bądźmy ludźmi, nie nękajmy. Cała rzeczywistość zamienia się w jedną wielką grę w okręty: E8, piątek, godzina 11.20 – pani dyretor nie ma, jest na Seszelach. B7, wtorek, godzina 8.10 – jest! Szef marketingu wrócił wczoraj, jest, można.
Dlatego wrzesień to bardzo dobra pora. Wszystko wróci w swoje koryta.
Znowu będzie można ponarzekać: lato, lato i po lecie. I żyć z nadzieją do następnego. Plany robić. Kalendarz ustawić. Może jakiś mały remont?




